Jak odszukać siebie i poznać się na nowo

To było na zewnątrz. Mówiłam o sobie, że jestem szczęśliwym człowiekiem, kobietą, matką, przyjaciółką. Byłam przekonana, że żyję w ogólnej harmonii z każdym, z całym światem. Mówiłam to innym, czerpałam z tego siłę, sprawczość, pozytywne myślenie i krzewiłam tę postawę wokół siebie. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym o swoim życiu rodzinnym, dzieciństwie czy dorastaniu powiedzieć cokolwiek złego – tak, jak to wielokrotnie słyszałam od innych. Mówiłam o swoim życiu same dobre rzeczy. Te rzeczywiste i te, które wypada mówić, chociaż ich nie było.

Była też „druga prawda” – tam nie byłam szczęśliwa. W tej drugiej rzeczywistości przeżywałam nie tylko radość, ale także ból, nienawiść, niezgodę i silny strach o bezpieczeństwo moje i mojej córki. Najgorsze jednak było poczucie krzywdy. Ale o tym cicho sza! Gdyby namalować obraz mojego wewnętrznego świata, tłem byłyby zdarzenia z dzieciństwa i dorastania. Namalowane delikatnymi pastelami, jakby za mgłą, żeby nie zostały zauważone i nie wydostały się na pierwszy plan. Bałam się o tym tle myśleć, a tym bardziej mówić – bo przecież nie wypada, nie kalkuluje się… I co by na to powiedziała rodzina, znajomi? A potem tło stało się stare, zapyziałe, zakurzone i z racjonalnego punktu widzenia nie warto było poświęcać mu uwagi. Żyłam zamknięta w konwenansach, utartych przekonaniach wpajanych mi przez innych i wymyślonych przeze mnie samą. Otoczyłam się skorupą, swoistym murem, za którym było niby bezpieczniej… bo wiedziałam co przede mną i co już za mną. Takie życie w iluzji było bezpieczne dla wszystkich. Czułam ogromną odpowiedzialność, aby to status quo utrzymywać dla dobra i nienaruszalności innych.

Tu chciałabym mocno podkreślić, że cechą wspólną moich obydwu światów – dopiero dzisiaj to wiem – była potrzeba spokoju, bezpieczeństwa i sprawiedliwości. Troska o zapewnienie bezwzględnego bezpieczeństwa mojemu dziecku była pomostem łączącym mój świat zewnętrzny i wewnętrzny. Temu cały czas poświęcałam świadomie uwagę, bo potencjalne niebezpieczeństwo niestety istniało. Czułam to dobitnie, ale nigdy nie nazywałam. Gdybym nazwała swoje myśli i emocje, zapewne wszystkie by się ze mnie wylały i utraciłabym ówczesny ład, zewnętrzne szczęście.

Jednocześnie odkąd pamiętam dużo czasu, uwagi i pracy poświęcałam rozwojowi osobistemu, poznawaniu swoich słabych i mocnych stron. Dwa lata temu postanowiłam kontynuować tę drogę pod okiem trenerów TROP-u, zapisałam się więc na program GATE i Trening Interpersonalny. Pamiętam jaką czułam radość z tej decyzji i ciekawość przyszłych doświadczeń, jakiekolwiek by one nie były. Zagłębiłam się bez reszty w poznawanie nowych narzędzi, odkrywanie swojego wnętrza, uświadamianie rzeczywistych potrzeb – tu i teraz. Uczyłam się bycia blisko siebie, uważności i empatii w stosunku do siebie i innych. Powoli odkrywałam swoją prawdziwą tożsamość. A przede wszystkim zaczęłam uświadamiać sobie, jakie cele realizuję. Czy na pewno były moje? Coraz bardziej poznawałam i budowałam swoją autonomię oraz stawiałam granice.

W tym procesie wydarzyło się dokładnie to, co odkrył i napisał Rogers. W dosłownym znaczeniu przeszłam przez GATE – bramę, której istnienia się nie spodziewałam.

„Wydaje się, że stopniowo i nie bez cierpienia jednostka odkrywa, co się znajduje pod maską pokazywaną światu, a nawet pod tą, którą zwodzi samą siebie. Człowiek doświadcza żywo i głęboko różnych elementów siebie, które do tej pory były przed nim ukryte. W ten sposób coraz bardziej staje się sobą – nie fasadą konformizmu, nie cynicznym zaprzeczeniem wszystkich uczuć, nie maską intelektualnego racjonalizmu, lecz żyjącym, oddychającym, czującym i zmiennym procesem – po prostu osobą”.
(Carl R. Rogers, „O stawaniu się osobą”, str. 148).

Mój wewnętrzny świat coraz bardziej domagał się prawdy i światła. Coraz mniej miałam siły, aby udawać i codziennie kiełznać rozdzierające mnie emocje. Początkiem zmian okazały się zajęcia Mentoringu. Zastanawiałam się na nim, jak rozpoznać zbliżający się kolejny mur, pod którym znowu będę musiała stanąć i przyjąć na siebie salwę trudnych emocji: bólu, złości, nienawiści, niezgody, strachu i poczucia fałszu. I znowu żyć ponad swoje możliwości, nie móc spojrzeć sobie prosto w oczy, nie mieć ciepłego miejsca dla swojego dziecka, funkcjonować obok autentycznego świata. A gdzie w tym wszystkim byłam ja sama i moja autentyczność? Wtedy uświadomiłam sobie, że kolejnej fali przypływu tego oceanu po prostu nie wytrzymam. Już nie poradzę sobie z kolejną, nie wiem jak wielką, amplitudą bólu. Bo też w imię czego miałam to robić? Dalej oszukiwać siebie oraz innych? Ponosić konsekwencje, nie moich przecież, decyzji?

W końcu nastąpiło wyładowanie, nie było już odwrotu. Kolejne spotkanie warsztatowe GATE było momentem przełomowym w moim rozwoju osobistym. Na poranne pytanie: „z czym przychodzimy?” odpowiedziałam, że dzisiaj przyszłam ze SOBĄ. I jednym tchem, z nieuświadamianą dotąd odwagą, opowiedziałam głośno sobie oraz innym, gdzie do tej pory byłam, jak funkcjonowałam, co się wydarzyło. Powiedziałam, że przede wszystkim odkryłam samą siebie. Dlaczego akurat teraz postanowiłam wyjść zza muru i zmienić swoje życie? Poczułam na wszystkie możliwe sposoby, każdą komórką swojego ciała, że dopiero teraz jestem w jednym, prawdziwym, swoim świecie… Muszę też zaznaczyć, że to wszystko nie byłoby do końca możliwe, gdyby nie mądrość moich trenerów oraz poczucie bezpieczeństwa i pełna akceptacja osób towarzyszących mi w grupie.

Nie byłam jednak przygotowana na powtórne przeżywanie przeszłości. Nie spodziewałam się tego, co się ze mną stanie. Bo wszystko, co powiedziałam i nazwałam, stało się znowu prawdziwe. A mózg nie rozróżnia czasu. To, czym żyjemy w danej chwili, co odczuwamy i jakie wibracje wysyłamy, to właśnie dzieje się tu i teraz. Zatem wszystko od początku zadziało się raz jeszcze w moich myślach i emocjach, tylko w o wiele krótszym czasie i bardzo, bardzo skondensowane. Wulkanowi negatywnych emocji towarzyszył fizyczny i psychiczny ból oraz niedowierzanie, że kiedyś takie rzeczy się wydarzyły. Ten wybuch znalazł niestety odzwierciedlenie w moim ciele, które stawało się z miesiąca na miesiąc coraz słabsze. Aż pewnego dnia znalazłam się po „ciemnej stronie księżyca”. I tu znowu mądrość i wielki wysiłek ludzi, których spotkałam na swojej nowej drodze, dały mi kolejną szansę i siłę do dalszego działania.

Teraz jestem bezpieczna, pewna wszystkiego co moje, uważna i silna. Realizuję swoje własne cele w zgodzie z samą sobą. Jestem autentyczna i wolna. A proces stawania się autentycznym, sam w sobie jest autentyczny. I niewątpliwie jest to proces nieskończony.

„JESTEM, A JEDNOCZEŚNIE CIĄGLE SIĘ TO JESTESTWO POGŁĘBIA, NABIERA NOWYCH ZNACZEŃ, ROZWIJA. Tak – można czuć się autentycznym i wolnym wiedząc, że to nieskończona droga” (cyt. Jacek Jac Jakubowski).

Jest to również proces bardzo wymagający. Ja musiałam zapłacić za niego określoną cenę. Ale naprawę warto podjąć ten wysiłek.

Gorąco polecam każdemu przejść swoją drogą przez bramę, za którą znajduje się własna AUTENTYCZNOŚĆ.

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Call Now Button