Wszyscy mówili mi od lat: „Ty powinnaś być coachem!”. Jednak dopiero seria kryzysów uświadomiła mi, że nie tylko dzięki predyspozycjom, ale i osobistym doświadczeniom mogę ludziom wiele zaoferować – mówi Agnieszka Jaśkiewicz w rozmowie z Agą Kacprzyk ze Słowo Daję.
Z tego wywiadu dowiesz się…
– jak kryzys życiowy może stać się początkiem drogi do zawodu coacha,
– dlaczego Program GATE i Szkoła Coachów TROP dają coś więcej niż tylko kompetencje – tworzą wspólnotę i bezpieczną przestrzeń,
– jak osobiste doświadczenia stają się fundamentem autentycznego coachingu,
– dlaczego TROP „mówi językiem”, który trafia do ludzi w zmianie – i jak to działa w praktyce
Aga Kacprzyk: Kim byłaś zanim zostałaś coachem?
Agnieszka Jaśkiewicz: Z wykształcenia jestem prawniczką. Ponad dwadzieścia lat przepracowałam w sądach, aż w końcu dopadło mnie wypalenie zawodowe, które zbiegło się z osobistymi kryzysami – transpłciowość syna, próba samobójcza pasierba, wyzwania rodziny patchworkowej. To wszystko sprawiło, że musiałam zrobić pauzę w życiu zawodowym i zająć się sobą.
A.K.: Jak taka pauza wygląda?
A.J.: Wcale nie różowo! W pierwszym miesiącu panikowałam: „I co dalej?”, „Co teraz?”. Akurat zbiegło się to z jesienią, codziennie za oknem była mgła, a ja patrzyłam przez szybę z 10. piętra i mówiłam głośno: „O tak wygląda moja przyszłość zawodowa – nic nie widać”. I zostawiłam myślenie o moim nowym zawodowym miejscu na 3 miesiące.
A.K.: Znalazłaś sposób, jak zaopiekować się sobą w takiej sytuacji?
A.J.: Zajęłam się swoim zdrowiem, bo ono też ucierpiało w kryzysie, regularnie chodziłam na terapię, korzystałam z natury (las, rzeka), codziennych spacerów w ulubionych miejscach miasta i przede wszystkim przewartościowałam istotne kwestie dla rodzicielstwa: zrozumiałam, że życie mojego dziecka, jego stabilność emocjonalna i jego codzienne szczęście ważniejsze jest od tego, jak się uczy, jak wygląda i czy ma bałagan w pokoju. To było kolejnym krokiem do przewartościowania wszystkich moich potrzeb – osobistych i zawodowych. Wiedziałam już z kim i jak nie chcę!
A.K.: Czego zatem nie chciałaś?
A.J.: Od początku wiedziałam, że do sądu już nie wrócę. W pierwszym miesiącu zwolnienia lekarskiego przeglądałam ogłoszenia na portalu „Pracuj.pl”, ale poczułam, że ani to miejsce nie jest dla mnie, ani proponowane oferty. Po trzecim miesiącu zwolnienia skorzystałam z konsultacji u doradcy zawodowego, który tak jak terapeuta, nie miał wątpliwości: coaching. Dostałam adres jakiejś krakowskiej szkoły, weszłam na stronę, ale nic we mnie nie drgnęło. A ja jestem intuicyjna – gdyby coś rezonowało ze mną, od razu bym poczuła. Odpuściłam, zostawiłam temat, minęły dwa tygodnie i ponownie w Google wpisałam: szkoła coachów. Wyskoczyła mi Grupa TROP. Zaczęłam czytać i pomyślałam: „O Boże! Oni mówią moim językiem!”. Intuicja dała mi zielone światło.
A.K.: Najpierw półroczny Program GATE, a potem Szkoła Coachów?
A.J.: Z GATE’a chciałam zrezygnować, bo czułam, że mam już zrobioną pracę ze sobą, ale na wstępnej rozmowie Kasia Gorzędowska mnie przekonała i nie żałuję. Dzięki GATE dopracowałam sztukę empatycznego wyrażania siebie – widzenia drugiego człowieka, poczynając zawsze od jego zasobów, nie wad.
Potrzebowałam też tej wspólnotowości, jaką tworzy TROP. Gdy przeżywaliśmy z partnerem kryzys rodzicielski i zawodowy, wielu ludzi się od nas odsunęło. Przez okres 2 lat byliśmy jak w łodzi podwodnej, zupełnie sami. Przychodząc raz w miesiącu do TROP-u poczułam, co znaczy być widzianym i słyszanym, przyjętym z bezwzględną akceptacją. Wracałam od nowa do ludzi, grupy. Zajęcia w TROP-ie pomagały mi z budowaniem zaufania, tworzyły bezpieczną przestrzeń. Nie raz na tzw. „rundce” mówiłam o tym, że tu w TROP-ie mam przestrzeń, aby przyglądać się swoim „relacyjnym strachom”.
A.K.: Mówię czasem, że TROP to taka wysepka konsekwentnej życzliwości wobec drugiego człowieka.
A.J.: Autentycznej życzliwości!
A.K.: Tak! Powiedz proszę, co do pracy coacha wzięłaś sobie z TROP-u.
A.J.: W Szkole Coachów poza zdobywaniem kompetencji do prowadzenia procesu uświadomiłam sobie, że tym, co wzmacnia kontakt między coachem a coachee, jest podobieństwo przeżyć. Nie zapomnę też długo zajęć z Maciejem Baryłką, który w niesamowity i inny sposób pokazał, czym jest relacja w coachingu. Zainspirowało mnie to tak bardzo, że wzięłam sobie ten sposób towarzyszenia klientowi. Jako mama transpłciowego dziecka rozumiem ten problem i każdy, kto przyjdzie do mnie nie tylko dostanie typowo coachingowe wsparcie, ale też wspólnotę doświadczeń.
A.K.: Wspieranie osób transpłciowych lub ich bliskich stało się Twoją niszą?
A.J.: Mówię o sobie, że jestem utkana z kryzysów. Dlatego moją niszą są wszystkie sytuacje kryzysowe: wszelkie zmiany, rozwód, wyzwania rodziny patchworkowej, transpłciowość czy wypalenie zawodowe itd. Jestem też konsultantką kryzysową, a w przyszłości będę coachem i mentorem kryzysowym, bo wierzę, że zaopiekowany kryzys to jednocześnie szansa, trampolina do rozwoju pokryzysowego, a tym samym lepszego życia.



0 komentarzy