Wyjazdy integracyjne (czyli wpływ wyjazdów integracyjnych na wydajność organizacji) - Grupa Trop

O potrzebie wspólnoty, zgubnych skutkach upadku monarchii i wyjazdach integracyjnych.

Jak sądzicie, ilu szefów przyzna, że następujące stwierdzenia pasują do nich jak ulał:

  1. Spędzam w pracy coraz więcej czasu.
  2. Oczekują ode mnie pełnego zaangażowania, powinienem wkładać w swoją pracę serce, cały twórczy talent i umiejętności.
  3. Z trudem zachowuję granicę między życiem prywatnym i zawodowym, ale jeśli któreś ma gorzej, to raczej to prywatne?

50, 60 czy 70%? A ilu podwładnych żyje w ten sam sposób? Jako doradca psychologiczny pracujący w biznesie szacuję, że ok. 70%. Połowa moich klientów rozkręca wielkie sprawy, połowa walczy z wypaleniem.

To, że życie prywatne łączy się z zawodowym, nie jest niczym nowym – tak żyli rycerze, królowie, rzemieślnicy, klerycy, chłopi. Od wieków. Ale nie ma już królestw, które opiekowały się swoim podwładnym całe życie. Nie ma monarchów oświeconych (może z resztą nie było?), lecz tęsknota za nimi gdzieś na dnie duszy została. Nowe jest to, że wiele osób zmienia pracę co kilka lat lub nawet częściej. Młodzi adepci sztuki menedżerskiej dostają często na wstępie swej kariery przestrogę: albo praca, albo przyjaźnie, lepiej, żeby Ci się nie pomyliło. To gdzie i kiedy budować te więzi, bez których mało kto może żyć i rozwijać się?

Jak przeciwdziałać rutynie przestrzegania procedur, unikania ryzyka, reagowania w utarty sposób na powtarzające się sytuacje? Zanikowi kreatywności i nudzie oraz wzrastającej panice, że już tak bedzie zawsze, chyba, że zmienię pracę?

Opowiem wydarzenie, które odmieniło losy pewnego miasteczka. Miało ono nowego burmistrza – wizjonera. Zbudował basen, doprowadził do współpracy różnych sił politycznych wokół ważnych dla regionu spraw i hojnie doinwestował szkolnictwo. Ale urzędu miejskiego zmienić nie mógł. Klimaty z Barei i Himilsbacha. Rozpacz pań z pieczątkami, rozpacz petentów i trud miejscowego biznesu, aby się przez to przedrzeć i rozwijać inicjatywę prywatną tak wytęsknioną. W końcu burmistrz zarządził akcję – w piątek zamknęli urząd o 15 zero zero i wszyscy udali sie autokarem w uroczą okolicę celem integracji. Program był wypełniony – zwiedzanie, tańcowanie, masaże podwodne, a wreszcie warsztacik twórczy i bardzo humorystyczny pt. Jak zbudować Miasto – Raj w miejsce miasta – Bylejakowa. I stał się cud niemalże. Ludzie się spotkali – naprawdę spotkali, a nie tylko minęli obok. Poznali się od strony dotychczas nieznanej (bez żadnych dwuznaczności). Polubili się nawzajem i polubili swoją zbiorowość. Pani z działu geodezji stała się Marysią lubiącą dużo mówić i bardzo chętnie pomagającą. Marian umie łagodzić konflikty i dobrze tańczy… Uczestnicy wyjazdów omawiali swoje przejścia z klientami i uczyli się od siebie nawzajem, jak sobie radzić z emocjami, konfliktami, jak odmawiać, jak pomagać. Była nawet żartobliwa sesja pt. „Jak załatwić niemożliwe”. Wyjazdy stały się rokroczną tradycją, atmosfera w urzędzie poprawiła się rewolucyjnie, mieszkańcy proszą, aby nie zaniedbać tego zwyczaju. Taka budująca historia, lecz prawdziwa.

Ludzie pracują lepiej, jeśli mogą przy tej okazji budować dobre więzi ze współpracownikami. Jeśli czują się zadbani, wyróżnieni. Jeśli mają poczucie przynależności do organizacji, która dba o nich jako o osoby. I jeśli czasami dostaną coś za darmo.