Motywacyjny rollercoaster

Czym się różni motywacja OD i motywacja DO w kontekście skutków dla naszych zasobów energetycznych, czyli co nas ładuje, a co spala w artykule Moniki Kozłowskiej.

Moją szefową zwolnili. Z dnia na dzień, a właściwie z godziny na godzinę, kazano spakować rzeczy, oddać służbowy telefon i kartę wejściową do budynku. Do tej pory widziałam takie sceny tylko w filmach. Tamtego dnia sama uczestniczyłam w smutnym, zdezorientowanym pochodzie złożonym z kilkuosobowego działu, odprowadzającym naszą byłą już przełożoną do drzwi. Byłam w szoku.  

W ciągu tygodnia w zespole pozostawionym bez szefa zaczęły kształtować się różne postawy – od buntu wobec zastanej sytuacji i biernego oporu, który można by streścić w odpowiedzi „skoro nie ma nikogo, kto wydaje mi polecenia, nie będę nic robić – sami sobie winni, mogli jej nie zwalniać”, poprzez stosunek ambiwalentny (coś robię, ale skoro nikt tego nie kontroluje, to też nikt mnie nie rozliczy), po proaktywny, czyli „trzeba działać”. Jako enneagramowa jedynka, czyli typ działający, nie zastanawiałam się nad słusznością tego, co się wydarzyło. W naturalnym odruchu spięłam się do wykonywania zadań. Na krótką metę stres działa mobilizująco, a ja nawykowo pod jego wpływem, zaczynam sprzątać, układać, organizować, skreślać z listy – przywracać ład. To również cecha charakterystyczna dla tego typu osobowościowego – pozwala utrzymać kontrolę w zagrażającym, chaotycznym świecie (przynajmniej w jakimś jego obszarze, choćby ograniczał się do ekranu monitora czy własnego biurka). Szybko więc stwierdziłam, że sobie poradzimy, po prostu dalej będziemy wykonywać swoje zwykłe zadania i jakoś dowieziemy ten miesiąc bez przełożonego, w końcu plan już był. Co ciekawe, ani przez moment nie przyszło mi do głowy, że możemy przerwać realizację projektów – skoro zostały rozpoczęte, należało je skończyć (ten typ tak ma). 

Kilka dni później prezes zaprosił mnie na spotkanie. W drodze do salki, gdzie czekali już liderzy innego działu, oznajmił mi, że przejmę po szefowej projekt specjalny. Następnie przedstawił mnie zaniepokojonemu o przyszłość projektu zgromadzeniu, które notabene odpowiadało za ten projekt z ramienia nadrzędnej organizacji. Faktem jest, że byłam jedyną osobą z naszego działu, która miała o tym projekcie jakiekolwiek pojęcie, bo przez moment asystowałam mojej szefowej przy jakimś jego wycinku, niemniej wiedza ta była dosyć nikła. Na zebraniu, słuchając zapewnień prezesa, że wszystko jest pod kontrolą, bo jestem osobą, która zna założenia, przejmuje ten projekt i świetnie sobie poradzi, robiłam tylko coraz większe oczy i uśmiechałam niewyraźnie. Byłam przerażona. Czułam, że zostałam wrobiona. I że moje dni w tej firmie są już policzone.  

Prezes oznajmił tylko, że muszę sobie poradzić i tyle.  

Na spotkaniu z project managerką z nadrzędnej organizacji wprost przyznałam, że nie mam pojęcia o pracy mojej poprzedniczki. Zaniepokoiła się, ale objaśniła po krótce czym się zajmuje, w jakim zakresie będziemy współpracowały i obiecała przesłać ze swojej strony wytyczne i harmonogramy. Następnie, już jako koordynator projektu, przeprowadziłam równie szczere rozmowy ze wszystkimi współpracownikami biorącymi w nim udział. Ku mojemu zaskoczeniu nikt mnie nie oceniał, wszyscy raczej mi współczuli i byli równie zaskoczeni przebiegiem wydarzeń, co ja. Jednocześnie zadeklarowali swoją pomoc, każdemu zależało bowiem, żeby ten projekt zrealizować. Z kawałków opowieści o tym, kto czym się zajmuje, za co odpowiada, na jakim jest etapie, zaczął wyłaniać się spójny obraz całości, a wraz z nim moja rola. Już wiedziałam co mam robić, mimo, że nikt mnie tego nigdy nie uczył. Zarządzałam projektem, koordynowałam działania kilku firm zewnętrznych, współpracowałam z działami wewnątrz organizacji, pilnowałam terminów, sprawdzałam postępy prac i dzięki zaangażowaniu wszystkich, mimo turbulencji, stworzyliśmy produkt, z którego byliśmy dumni. Co więcej, oprócz nawykowego działania, planowania, organizowania i ogarniania, nad którymi się nie zastanawiam, bo jako jedynka, już tak mam, a które bez wsparcia ze strony przełożonych i poczucia sensu z wykonywanej pracy, powodowały u mnie w dłuższej perspektywie wypalenie, pojawiła się też satysfakcja, radość i energia. Popłynęłam z prądem i chciało mi się chcieć, choć czasem kosztowało to wyjazdy do współpracowników i wielogodzinne, mozolne sprawdzanie poprawności wszystkich elementów. Motywacja OD, czyli ze strachu przed zwolnieniem, niedowiezieniem, zawiedzeniem siebie i zespołu, zamieniła się w motywację DO. Czułam, że uczę się nowych rzeczy i że całkiem nieźle mi to wychodzi. Co więcej otrzymałam wsparcie ze strony ludzi, którzy beze mnie by sobie nie poradzili, a ja nie poradziłabym sobie bez nich. Ta wspólnota celu i osób, napędzała mnie do działania.  

Po skończonym projekcie powrót do zwykłych obowiązków wydawał mi się nudny i męczący. Dlatego wkrótce zgłosiłam się na ochotnika do całkiem innego, nowego wyzwania, wiedząc, że sobie poradzę. I nadal to robię. Rozwijam się w pracy i poza nią. Bo motywacja rozwojowa uzależnia. 


Podziel się!

Shares

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Call Now Button