Przeniesienie (czyli klucz do serca) - Grupa Trop

Jasne światło życia zamiast mrocznego kontekstu lęku

Pisanie tego artykułu było dla mnie naprawdę trudne. Żeby powstał – musiałam pokonać podstawowy problem, jakim okazały się dla mnie „kliniczne” nawyki myślowe. Kiedy patrzę na świat przez pryzmat pojęć wypracowanych w psychoterapii, zaczynam widzieć to, co się dzieje między ludźmi w kategoriach braków, zagrożeń i wadliwych mechanizmów. Zasługą psychologii klinicznej jest odkrycie i nazwanie wielu prawidłowości. Praca edukacyjna i nastawiona na wspieranie rozwoju wymaga jednak zobaczenia ich nie w mrocznym kontekście lęku, lecz w jasnym świetle życia. Nie wiedziałam, że to takie trudne.

Wszystkie ważne związki w ży­ciu budujemy na poprzed­nich miłościach, przyjaź­niach, spotkaniach. Nie może być ina­czej, ponieważ nasza głęboko społeczna Jaźń powstaje w wyniku więzi z bliskimi (w szczególności z rodzicami). Nie zmienia tego fakt, że niektó­rzy rodzice nie byli wystarczająco do­brzy. Mamy całe życie na to, żeby siebie tworzyć. „Bogacimy się” o nowe związki, uczymy się, jak jeszcze moż­na kochać. Ale nie możemy porzucić tego, czym jesteśmy. Kochając – prze­nosimy na tych, których spotykamy matryce dawnych związków. Spotka­nie z nowym człowiekiem „ożywia” w nas potrzeby, leki, nadzieje – uczu­cia, które już kiedyś przeżywaliśmy w związku z ważnymi osobami. Przenie­sienie jako takie jest czymś wszech obecnym.

Takie rozumienie przenie­sienia nie jest powszechne w psycho­terapii. Wielu psychoterapeutów uwa­ża to zjawisko za proces dysfunkcjo­nalny, związany z dużą nieadekwatnoś­cią percepcji i reakcji w kontaktach interpersonalnych i „toleruje” je je­dynie w gabinecie jako narzędzie psy­choanalizy. Przeniesienie w znaczeniu podstawowego procesu rozwojowego omówione jest szczegółowo w artyku­le J. Stattmana pt. „Organiczne prze­niesienie w: Rezonans i Dialog nr 2, Problem przeniesienia, nauczyciel du­chowy i uczeń. Santorski & Co, 1995.

„Słownik psychoanalizy” B. Moore`a i B. Finne`a:

“Przeniesienie jest to przemieszczenie wzorców, myśli, za­chowań i uczuć, pierwotnie przeżywanych w związku ze znaczącymi osoba­mi w dzieciństwie, na jakąś osobę, z którą podmiot pozostaje w bieżącej relacji interpersonalnej. Ponieważ za­chodzący w tym wypadku proces jest w znacznym stopniu nieświadomy, człowiek nie dostrzega źródeł przeniesieniowych zachowań, fantazji, uczuć (ta­kich jak miłość, nienawiść i gniew). (…) Postaciami, które najczęściej są przedmiotem przeniesienia są rodzi­ce, ale bywa nimi też rodzeństwo, dziadkowie, nauczyciele, lekarze, dzie­cięcy idole…”

Słownik psychoanali­zy, str. 224, Santorski & Co, 1995

Przeniesienie w rozwoju

Zjawisko przeniesienia towarzyszy nam od początku życia. Niemowlę „istnieje” poprzez ciało matki, żyje jej ryt­mem, dopasowuje się do jej oddechu, przeżywa swoim ciałem jej reakcje emocjonalne. Naśladuje ją. Jest to pod­stawa kształtowania się – poczucia toż­samości. Dziecko żyje tak, jakby było matką i, w pewnym sensie, matka „zo­staje” w dziecku na zawsze. Każda póź­niejsza wieź jest przeniesieniem tego pierwotnego, organicznie zakodowanego obrazu (a może raczej – matry­cy reakcji). W dalszym rozwoju dziec­ko „wchłania” wzory związane z ojcem, rodzeństwem, dziadkami, innymi waż­nymi postaciami dzieciństwa, jest to oczywiście proces nieświadomy.

Obecność rodziców jest dla nowo­rodka niezbędna – tylko w ten spo­sób może „wiedzieć” że istnieje. Stop­niowo zaczyna tworzyć wewnętrzne re­prezentacje matki, ojca, innych waż­nych ludzi i z nich budować poczucie Ja. Dzięki temu zaczyna być zdolne do pewnego oddzielenia, a jednocześnie do nawiązywania więzi społecz­nych (uśmiech, lęk przed obcym…).

Można powiedzieć, że jeśli idzie o związki z ludźmi, to u zarania życia nie uczymy się niczego, co nie jest nami.

Przeniesienie nas ogranicza, zamy­kając w kręgu powtórzeń. Z drugiej strony – otwiera dostęp do nieprawdopodobnej energii rozwojowej, której źródłem są dziecięce potrzeby za­istnienia, ekspansji i integralności. Oznacza to wydobycie na plan pierw­szy stanu wewnętrznego, nawiązanie kontaktu ze sobą i przerzucenie mo­stów w kierunku partnera. S. Kelleman określił przeniesienie, jako „wysiłek ze strony czło­wieka, by otworzyć serce”.

Jednocześnie organicz­ne przeniesienie jest glebą dla rodzenia się woli, która umożliwia branie na siebie odpowiedzialności i pewne­go rodzaju samowystarczal­ność. R. May mówił, że w bu­dowaniu głębokiej, nieograniczającej więzi miłości mu­si towarzyszyć wola. Dopiero ich współistnienie oznacza dojrzewanie do związku. Jest na ten temat piękna opo­wieść księdza de Mello:

Dojrzałość

Do ucznia, który nieustan­nie oddawał się modlitwom Mistrz powiedział:

– Kiedy wreszcie skończysz wspierać się na Bogu i staniesz na własnych nogach?

Uczeń był zaskoczony.

– Przecież to Ty uczyłeś nas, by uważać Boga za ojca!
– Kiedy nauczysz się, że oj­ciec nie jest tym, na kim możesz się wspierać, lecz tym, który wyzwala cię z Twej skłonności do wspiera­nia się na kimkolwiek?

Przeniesienie a nerwica przeniesieniowa

Trzeba widzieć różnicę między „zdrowym” przeniesieniem a nerwi­cą przeniesieniową, która jest prze­de wszystkim niemożnością, brakiem przeniesienia lub też przeniesieniem niepełnym.

Zdarza się, że wykazujemy szczegól­ną konsekwencję w budowaniu relacji skazujących nas na nieuchronne nie­powodzenia. Mechanizm ten – mówiąc w wielkim uproszczeniu – polega na uporczywym szukaniu w świecie doj­rzałych związków takiej relacji, która zaspokoiłaby „głód” czegoś, czego nie dostaliśmy w dzieciństwie. Jeśli rodzi­ce nie są w stanie obdarzyć dziecka jakimś uczuciem, niezbędnym dla je­go prawidłowego rozwoju, wówczas dziecko nie może odzwierciedlić go, przyjąć do siebie. W pewnym zakresie dziecko nie może się dalej rozwijać. Zaczyna uporczywie szukać kogoś, kto pomógłby mu zapełnić tę lukę. Doj­rzewa i przenosi tą skłonność na dorosłe związki. Niestety, taka „dziura w du­szy” jest obwarowana lękiem. Jeśli na­wet znajdzie się ktoś, kto chce odpo­wiedzieć na tę ontologiczną potrzebę, to i tak nie ma szansy, ponieważ osoba nerwicowa „ucieka”, by uniknąć kon­frontacji z własnymi obawami.

Nerwicę przeniesieniową cechuje, w porównaniu z przeniesieniem, dużo większa „sztywność” oraz ściślejsze po­wiązanie z lękiem. Jednak nawet to „ułomne” przenie­sienie daje szansę na rozwój, gdyż przybliża daną osobę do tego, kim jest. Na tym założe­niu opiera się wiele systemów terapeutycznych, szczegól­nie psychoanaliza. Terapeu­ci starają się przede wszystkim pomóc pacjentowi w przebrnięciu przez barierę lęku. Zwykle stoją za nim ważne dziecięce potrzeby. W następnym kroku należy po­móc im rozwinąć się w taką formę, która umożliwi im po­szukiwanie zaspokojenia w świecie dorosłych.

Budowanie więzi w relacji pomagania

Przeniesienie ujawnia się ze szczególną wyrazistością w związkach niesymetrycznych, w których jedna osoba jest w jakiś sposób zależna od dru­giej. Są to m.in. relacje zwią­zane z pomaganiem, wystę­pujące np. między uczniem a nauczycielem, lekarzem a pacjentem, terapeutą a klientem, bar­dziej doświadczonym członkiem ja­kiejś społeczności a „nowicjuszem”. Takie związki obustronnie angażują procesy przeniesienia. Przeniesienie ze strony pomagającego określane jest jako przeciwprzeniesienie.

Znacznie więcej uwagi poświęcamy na ogół metodyce nauczania i tech­nice lekarskiej niż temu, w jaki sposób kształtować relacje, by sprzyjała optymalnemu wykorzystaniu natural­nej tendencji do rozwoju i samouzdrawiania. Bardzo duży wkład w tym za­kresie wniósł do naszej wiedzy C. Rogers. Uważał, że uczenie się następu­je poprzez aktywne, głębokie zaanga­żowanie. Zachodzi w sytuacji, która pozwala na zintegrowanie poziomu „głowy”, „duszy” i emocji. Uważał, że warunkiem koniecznym, aby uczenie mogło zajść, jest minimalizacja stop­nia zagrożenia dla Ja. Myślę, że są to po prostu warunki sprzyjające budo­waniu pozytywnego przeniesienia.

Małe dzieci w szkole uczą się „dla Pani” i jeśli Pani potrafi ten dar przy­jąć, jeśli nie broni się przed tą, nie­kiedy obciążającą, więzią – zachodzi proces przeniesienia i identyfika­cji. Dziecko zaczyna przeżywać to, co reprezentuje sobą Pani – jako coś własnego. Wówczas zaczyna uczyć się dla siebie. Poprzez wiązanie staje się, paradoksalnie, bardziej autonomicz­ne. Przeciwprzeniesienie, a wiec prze­żywanie dziecka jako kogoś „ze swo­jego życia”, może być w tym procesie sprzymierzeńcem – umożliwia po­magającemu pozostawanie w bliskim związku z dzieckiem i ze sobą jed­nocześnie. Nauczyciel otrzymuje wie­le ważnych gratyfikacji oraz uzyskuje dostęp do znacznych źródeł energii, która jest niezbędna aby zaspokoić niezwykle „chłonne” pod tym względem dziecko.

Podobne procesy mogą zachodzić miedzy lekarzem i pacjentem, tera­peutą i klientem, położną i położnicą itp. Choroba, uwikłanie się w proble­my życiowe oraz poród aktywizują głę­boką potrzebę bezpieczeństwa. W sy­tuacji zagrożenia bytu uruchamiamy całą swoją nieświadomą „wiedzę” na temat tego jak przetrwać. Dla wielu osób lekarz staje się w tych warun­kach kimś więcej niż specjalistą – jest opiekunem, od którego zależy nasze życie. Można wiele nauczyć się o sobie, obserwując swoje reakcje w szpi­talu. To, co robimy, aby pozyskać za­interesowanie lekarza, jego uznanie, odkrywa przed nami tajemnice dzie­ciństwa. Są pacjenci „grzeczni”, „zbun­towani”, „uwodzący”. Tacy, którzy od­dają się z uległością i tacy, którzy nig­dy nie zaufają do końca. To ogromny strumień rozmaitych energii płynący w stronę personelu szpitala, morze oczekiwań.

Lekarze i nauczyciele muszą sta­wiać granice. Powinni umieć odma­wiać, aby chronić siebie i tych, którzy są od nich zależni. Doświadczenie ograniczenia jest bowiem równie nie­zbędne dla rozwoju i przetrwania jak doświadczenie nasycenia. Ale jest pod­stawowa różnica między stawianiem granic przy jednoczesnym zaakcep­towaniu rzeczywistości wewnętrznej osoby od nas zależnej a odrzuceniem. Wycofanie „całego siebie”, które jest na ogół przeżywane jako odrzucenie (szczególnie gdy „okraszone” jest złoś­cią), ma na ogół swoje źródło w oba­wie przed reakcjami przeciwprzeniesieniowymi. W konsekwencji odrzu­cenia – pacjent też „odcina” część sie­bie – właśnie tę, która mogłaby być źródłem siły do wyzdrowienia i do rozwoju.

Moja przyjaciółka opowiadała mi dramatyczną scenę z porodu swojego syna. Poród był długi i dość skomplikowany. W pewnym momencie kobie­ta poczuła, że opuszcza ją „wola wal­ki”, że traci siły. Zobaczyła nad sobą rękę położnej poprawiającą jakieś ka­ble. Przyjaciółka puściła łóżko i chwy­ciła tę dłoń. Położna krzyknęła, wyr­wała rękę i odskoczyła jak oparzona. Moja przyjaciółka powiedziała, że nig­dy w swoim dorosłym życiu nie do­znała tak głębokiego odrzucenia.

To, co się dzieje na salach porodo­wych, w szpitalach, szkołach i gabine­tach terapeutycznych zmusza do głę­bokiej refleksji nad tym, jak przygo­towywać” się do roli „pomagacza”, aby umieć wspierać i przywoływać natu­ralne zasoby energii osób, którymi się opiekujemy, aby samemu mieć do nich dostęp, a jednocześnie chronić swoją integralność.

Kanały przeniesienia

Przeniesienie przejawia się przede wszystkim w sferze somatycznej. Po­nieważ wzory relacji zakodowane są w naszych ciałach i decydują o ich struk­turze mieśniowo-energetycznej, spoty­kając inne osoby poznajemy je głów­nie poprzez nieświadomy kontakt z ich ciałami. Są ludzie, w towarzystwie których „krew zaczyna nam szybciej krążyć”, którzy nas fascynują, choć nie wiemy dokładnie dlaczego. Jest bar­dzo prawdopodobne, że mają podob­ny typ ciała do którejś z ważnych po­staci naszego życia. Może chodzi o rodzaj umięśnienia, coś w sposobie poruszania się, rytm oddechu… Dzię­ki temu sprawiają wrażenie znajomych i obiecujących (lub nieprzyjaznych).

To niezwykłe, jak duża jest nasza nieświadoma mądrość dotycząca cie­lesności innych ludzi. Na spotkaniu grupy poświęconemu twórczemu roz­wijaniu ruchu zrobiliśmy kiedyś takie doświadczenie.

Poprosiłam uczestników, aby podzielili się w pary i stanęli naprzeciw­ko siebie lub zetknęli się plecami. Jedna osoba z pary po prostu stała, a druga miała dbać, aby być „w kontak­cie” z partnerem, a jednocześnie wy­czuwać impulsy płynące z własnego ciała i popychające ją w kierunku ja­kiegoś ruchu. Jeśli zauważyłaby ja­kąś tendencję, miała za nią podążać, wzmacniać ją lub pozwalać jej prze­mieniać się w coś nowego. W następ­nym kroku osoba aktywna miała uczyć swojego partnera odkrytego w ten sposób ruchu. Co pewien czas prze­rywałam ćwiczenie, a uczestnicy za­stygali w jakiejś pozie, pytając siebie: Jaka to postać (baśniowa, mitologiczna, historyczna, współczesna, z osobi­stej historii życia…), którą teraz, uosa­biam? Jaki to rodzaj energii? Do cze­go taka siła mogłaby być potrzebna mi w życiu? Czy ktoś w życiu taką siłę mi już przekazywał lub powinien był to zrobić?

W czasie tego ćwiczenia między partnerami oraz w całej grupie rodzi­ło się coś ważnego, jakieś poczucie głębokiej wspólnoty. Tańczący opowia­dali swoim ruchem zarówno o so­bie, o swoich potrzebach i tęsknotach, jak też o partnerach, wykazując przy tym niezwykłą intuicję dotyczącą zakodowanych w ich ciele przeżyć. Do­konaliśmy wówczas wielu zaskakują­cych odkryć.

Ciekawe są też poszukiwania zwią­zane z wyczuwaniem rytmu. Każdy ma jakiś swój specyficzny rytm, wewnę­trzne tempo. Być może te, które mają dla nas wyraźną wartość emocjonal­ną (wywołują dobry nastrój, pobudza­ją lub zniechęcają) – to rytmy wcze­snego dzieciństwa.

Przeniesienie przejawia się też w sferze emocjonalnej, choć często nie jesteśmy świadomi uczuć, które są z nim związane. Możemy odczuwać tyl­ko uogólnione pobudzenie (niepo­kój, fascynację lub niechęć). Droga do uświadomienia sobie uczuć przeniesieniowych prowadzi głównie poprzez bezpieczne związki, otwarte słu­chanie bliskich osób. Możemy też ob­serwować reakcje swojego ciała, pły­nące z niego sygnały, uczyć się „rozu­mieć” symptomy cielesne. Możemy „czytać” w snach i fantazjach. Dla mnie osobiście ważną drogą do­cierania do uczuć przeniesieniowych jest podejmowanie wspólnych z inny­mi działań artystycznych i refleksja nad naszymi wytworami.

Prowadziłam kiedyś grupę, w której między dwiema kobietami rosło nieo­kreślone napięcie. Malowaliśmy spon­taniczne obrazy. Na obrazku jednej z kobiet pojawiła się żółta, ciepła płaszczyzna otoczona czymś w rodzaju czer­wonych kropelek. To wszystko umiesz­czone było na dnie czarnej tulei i przykryte „pajęczynką”. Była to bar­dzo sugestywna, „wciągająca” praca. Autorka popatrzyła na nią i powie­działa do drugiej kobiety:

– Wydaje mi się, że klimat tego obrazka pasuje jakoś do tego, co przeżywam w związku z Tobą… Ta pajęczynka… To tak, jakbym Cię zna­ła od dawna i trochę już zapomniała… jeśli bym ją zdjęła, wpadłabym w ten tunel jak Alicja z Krainy Czarów… Czasami czuję, że mnie wsysasz. Złapałam się na tym, że boję się stać blisko Ciebie. Z drugiej strony… wiem, że muszę się z Tobą obcho­dzić bardzo delikatnie, że łatwo Cię zra­nić, a wówczas „zaczniesz krwawić”, a ja będę bezradna. Ale jest coś, ta żółta po­świata… Jest piękna… Potrzebuję się w niej ogrzać. Masz coś, co sprawia, że chcia­łabym się z Tobą przyjaźnić…

Ten monolog był początkiem do­brego i wiele wnoszącego w życie obu kobiet związku. Potrzebowały jed­nak jeszcze sporo czasu na odkrywa­nie i „oswajanie” uczuć, które w so­bie nawzajem wywoływały. Wiele z ich doznań przywoływało skojarzenia z dzieciństwem. Pokładały w sobie du­że nadzieje… i bardzo sobie w życiu pomogły.

Przeniesienie w sferze emocjonal­nej stanowi podstawę empatycznego rozumienia przeżyć innych osób. Kie­dy pozwalamy na swobodny przepływ energii związanej z relacją przeniesieniową, jesteśmy w bliskim kontak­cie z własną intuicją. Freud pouczał swoich uczniów, że mają pozwolić na to, aby „nieświadomość terapeuty spo­tykała się z nieświadomością pacjen­ta”. Jest nawet specjalny termin -iden­tyfikacja projekcyjna -określający ten szczególny rodzaj poznania drugiej osoby. Gdy ktoś odnosi się do nas w sposób przeniesieniowy, zaczynamy na poziomie nieświadomym przyjmować przypisywaną nam rolę. Budzą się w nas związane z nią uczucia. Możemy obserwować nietypowe dla nas reak­cje, które dają obraz przeniesienia. W ten sposób, dzięki kontroli poznaw­czej naszych własnych uczuć i reak­cji, stajemy się monitorem nieświado­mych tendencji naszego partnera. Wy­czuwamy sobą, kogo partner w nas widzi. Jednocześnie możemy sami do­świadczyć siebie w zupełnie nowej roli, co zwykle jest rozwijające.

W sferze poznawczej przeniesienie wpływa na sposób postrzegania świa­ta. To, co widzimy, nigdy nie jest „obie­ktywne”. Zawsze selekcjonujemy in­formacje, które docierają do naszej świadomości. Kierujemy się przy tym ważnymi, osobistymi motywami – czę­sto natury przeniesieniowej. Przenie­sienie jest jak filtr, który określa bar­wę świata. Może pomaga nam nie dać się oślepić zbyt intensywnemu świa­tłu. Dzięki przeniesieniu dostrzegamy pozornie nie znaczące cechy i zacho­wania ludzi, które w istocie wskazują na jakiś ważny aspekt relacji*.

Również sposób organizowania wie­dzy o innych ludziach nie jest w całości dostępny świadomości. W psycholo­gii poznawczej istnieje koncepcja tzw. Ukrytych Teorii Osobowości. Mówi ona, że każdy człowiek ma coś w ro­dzaju własnej teorii odnośnie tego, jakie ludzkie cechy ze sobą współwystępują i co to oznacza dla otoczenia. Teorie te są zakotwiczone w historii życia, a o ich istnieniu możemy wnios­kować tylko na podstawie dokonywa­nych wyborów, nie zaś świadomych sądów. Mimo że nie są racjonalne mo­gą mieć duże znaczenie przystosowawcze. Być może owe ukryte teorie oso­bowości są powiązane w pewien spo­sób ze zjawiskiem przeniesienia.

Przeniesienie i granice Ja

W zjawisku przeniesienia tkwi głę­boki paradoks. Można powiedzieć, że jest procesem tworzenia siebie po­przez utożsamianie się ze światem. Ta­ka identyfikacja jest z kolei warunkiem tworzenia się granic Ja.

Traktowanie przeniesienia jako or­ganicznej reakcji pozwalającej „rezonować” ze światem jest, w pewnym sensie, bliskie temu, co Buber nazwał „spotkaniem Ja-Ty”. Pisał on o spo­tkaniu:

“To nie Ja stara się tu rozkrzewić, lecz ciało, które nic jeszcze nie wie o Ja. (…) Ja wyłania się żywiołowo z rozkładu pierwotnych przeżyć: Ja-oddziaływujące-na-Ty i Ty-oddziaływujące-na-Ja. A więc poczucie Ja jest wtórne w stosunku do relacji. Tylko spotykając się z drugą osobą tworzy­my podstawy swojej egzystencji.”

Problem przeniesienia jest dla wie­lu osób tak fascynujący, ponieważ do­tyczy granic Ja. Gdzie się „kończę” w relacji z drugim człowiekiem. Czy ktoś mnie widzi? Sądzę, że jest niewiele rzeczy tak ważnych dla ludzi jak po­trzeba zaistnienia jako integralny czło­wiek w oczach własnych i cudzych.

Koncepcja przeniesienia w grun­cie rzeczy poucza nas o względności Ja i Nie-Ja. Dążenie do oddzielenia się jest tylko odwrotną stroną dąże­nia do połączenia. Przeniesienie jest podłożem indywiduacji. Postępująca indywiduacja umożliwia bezpieczne korzystanie z dobrodziejstw przenie­sienia. Niektórzy psychologowie uwa­żają, że życie przebiega w kręgu: • symbioza • oddzielanie się • indy­widuacja •…

Przeniesienie jest jednym z mecha­nizmów umożliwiających uruchomie­nie energii w tym obiegu.

Co się tyczy granic Ja, przytoczę jeszcze jedną anegdotę księdza de Mello:

Rozróżnianie

Mistrz przechadzał się z kilkoma ucz­niami nad brzegiem rzeki. W pewnej chwili zauważył:

– Zobaczcie, jak ryby pluskają się, gdzie się im podoba. Na pewno sprawia im to wiele radości.

Pewien obcy człowiek, słysząc tę uwagę, zagadnął:

– Skąd możesz wiedzieć, z czego cieszą się ryby, jeśli nie jesteś jedną z nich?

Uczniowie wstrzymali oddech, uważa­li bowiem, ze słowa te graniczą z bezczel­nością. Natomiast Mistrz uśmiechnął się, wziął je bowiem za przejaw nieustraszonej dociekliwości ducha. Uprzejmie też odpowiedział:

– A ty, przyjacielu, skąd wiesz, że nie jestem rybą? Przecież nie jesteś mną.

Uczniowie wybuchneli śmiechem, uwa­żając, że obcy w pełni zasłużył na taką odprawę. Tylko on sam pozostał pod wra­żeniem jej głębi. Zastanawiał się nad nią cały dzień. Potem przybył do klasztoru i powiedział.

– Być może, że ty nie jesteś tak różny od ryby, jak myślałem.
– Ani ja od ciebie.

* Sądzę, że nie istnieje coś takiego jak „czyste” przeniesienie, które w nomenklaturze psychoanalitycznej oznacza, że pacjent projektuje swój stan wewnętrzny na „biały ekran” analityka. Myślę, że to, co dociera do naszej świadomości na temat drugiej osoby, z którą pozostajemy w relacji przeniesieniowej, zwykle zawiera jakąś ważną prawdę na jej temat.